
Liczba stron: 256
Recenzja: nr 18
Skusiłam się na tę książkę, ponieważ zainteresował mnie opis. Spodziewałam się trudnych decyzji, dramatu, sprawiającej ból miłości. Jednocześnie byłam ciekawa zachowania Ingi i Eryka, a przede wszystkim - Sary. Niestety, trochę się rozczarowałam.
Na początku czytanie szło mi opornie. Styl trochę mi przeszkadzał. Takie uważanie, by nie powtórzyć wyrazu i szukać na siłę innego, co czasem miało odwrotne skutki i kojarzyło mi się z polonistą, przestrzegającym wciąż, by nie powtarzać słów. Na szczęście nie jest to aż tak rażące i da się przyzwyczaić.
Autorki wybrały sobie trudny temat pełny uczuciowych rozterek, ale nie do końca umiały sobie z nim poradzić. Na pozór wszystko było w porządku, jednak jeśli przyjrzeć się głębiej... w niektórych miejscach zachowania bohaterów były sztuczne i nienaturalne. Najbardziej dotyczy to Ingi, poważnie chorej kobiety. Nie jestem wybitną znawczynią ludzkiej natury, acz niektóre fragmenty były dla mnie dziwne.
Inga urodziła się po to, by być kochaną. By zawsze dostawać to, czego pragnie, nawet o to nie prosząc. Nie umiała dziękować. We wszystkich widziała wrogów, jednak to ona sama była swoim największym. Powoli niszczyła samą siebie. Autorki jednak omówiły ten temat - zresztą jak każdy inny - dość powierzchownie.
Nie żałuję przeczytania „Płomiennego ptaka”. Nie rzucił mnie on też na kolana. To bardzo przeciętna książka, a szkoda, bo po opisie spodziewałam się czegoś więcej.
„- Pamiętasz, jak się bawiliśmy w posypywanie jeziora gwiazdami? - zagadnęła, a ojciec skinął w myśleniu.
Zebrała kilka kamyczków i wrzuciła jeden za drugim do wody. Krople pryskały w górę, a w miejsce kamienia pojawiały się drobne kręgi. W promieniach zachodzącego słońca wyglądało to rzeczywiście tak, jakby w wodzie rozbłyskiwały gwiazdy.”